Miasto Masek

Bardzo dziękuję autorowi Johannes Greiner, tłumaczowi Karolinie i Asi za zdjęcie:)

To było wczesnym rankiem. Po długiej nocy było jeszcze mroźnie i zimno. I ciemno też było. Ale tak było już zawsze, odkąd nad wielkim miastem zbudowali ludzie ciemną pokrywę. Kiedyś krzyczeli, że światło słoneczne jest szkodliwe i niszczące dla człowieka, więc zaczęli budować pokrywę. Odtąd nie można już było zobaczyć nieba. Odtąd było zawsze ciemno. Tylko sztuczne światło rozjaśniało miasto. Ale takie światło nie rozgrzewa serca.
Angelus, jeszcze zamroczony po nocnej wędrówce, opierał się o wilgotny i zimny betonowy mur. Dużo się nachodził poszukując człowieka. W mieście było bardzo pusto. Nie, żeby nie było żadnych ludzi – było ich bardzo dużo – ale większość z nich było ofiarami Maskowego Oszustwa.
Przed wieloma laty przybył tu dziwny objazdowy handlarz, który sprzedawał ludziom maski karnawałowe, które były podobno bardzo fascynujące. W krótkim czasie niemalże wszyscy ludzie kupili sobie te maski. Dopiero kiedy handlarz odjechał już bardzo daleko, ludzie zauważyli, że nie mogą ściągnąć założonych masek. Tak stopiły się ze skórą, że aby się ich pozbyć musieliby je oderwać razem ze skórą. Poza tym po upływie lat maski te tak stwardniały, że z czasem nie dopuszczały już żadnego ruchu. Ludzie nie mogli się więcej śmiać, ani płakać. Wtedy zapomnieli, że są ludźmi i żyli życiem bez życia – niczym maszyny.
Ale niewiele pojedynczych ludzi nie padło ofiarami Maskowego Oszustwa. I takich właśnie poszukiwał Angelus. Znaleźć ich można było przede wszystkim nocą. Ich pokazywanie się w ciągu dnia było niebezpieczne, ponieważ zamaskowani ludzie ich nienawidzili i prześladowali. Ale tej nocy nie mógł Angelus nikogo znaleźć. Ostatniej też nie, i w ciągu poprzednich nocy też nie. A kiedy nie mógł spotkać żadnego człowieka, marzł straszliwie. Mógł wtedy zakładać ciepłe płaszcze, ile by tylko chciał – nie byłoby mu ciepło. Zimno i wilgoć wsiąkały w niego i otaczały jego serce niczym niebezpieczny wąż ściskający swoją ofiarę.
Podczas gdy opierał się o wilgotny mur, przysnął na chwilę. I od dłuższego już czasu znowu miał sen. Zobaczył w oddali małą gwiazdę na nocnym niebie. Gwiazda stawała się coraz jaśniejsza i bardziej błyszcząca. Albo to może jego dusza leciała coraz bliżej do gwiazdy? Mógł ją już bardzo dokładnie zobaczyć. Widział jak świeci każdy pojedynczy promień gwiazdy. Ale widział również, że gwiazda była na obcym niebie. Na niebie, na którym świeciły tylko gwiazdy innego rodzaju. Ze swojego gatunku ta gwiazda była jedyna. I pomimo tego, wciąż się uśmiechała. Swoimi promieniami uśmiechała się w taki sposób, że Angelus zapomniał o całym zimnie świata. I w ogóle zapomniał o całym świecie. Cały czas był po prostu wpatrzony w gwiazdę. I wydawało mu się, że czasami gwiazda stawała się przeźroczysta. I wtedy widział serce, które nosiło w sobie niewysłowione ilości cierpienia, ale też miłości, i wszystko to przemieniało w uśmiechnięty blask. Czasem zdawało mu się nawet, że promienie gwiazdy były odlane z przemienionych łez. I kiedy tak podziwiał gwiazdę w jej tajemniczym życiu pomiędzy cierpieniem i blaskiem, naszło go pytanie, czy byłoby to też dla niego możliwe, żeby swoje cierpienie mógł przemienić w promienie świetlne. Chciał o to zapytać gwiazdy, ale w tym momencie się obudził. Natychmiast ponownie zamknął oczy. Chciał śnić dalej – ale to się nie udawało. Modlił się tylko, żeby następnej nocy mógł śnić dalej ten sen…
Po tym cudownym śnie miasto wydało mu się jeszcze bardziej wyludnione i zimne niż zazwyczaj, i popadł w smutek i litość do ludzi. Płakał. Jego łzy niczym ciepłe perły padały na zimną ziemię. I przez zasłonę łez swoich oczu zobaczył światło. Bardziej je poczuł, niż zobaczył. Zbliżył się do niego. Czy była to gwiazda, o której śnił? Najpierw wyglądało to jak gwiazda. Ale potem zobaczył błyszczące usta, a następnie twarz kobiety. Czy ona widziała także jego? Tego sam jeszcze nie wiedział. Była już bardzo blisko jego wnęki w murze, ale i tak nie był pewny, czy patrzyła w jego kierunku, czy tylko niedaleko od niego. W każdym razie nie nosiła żadnej maski. Chciał do niej pobiec, ale coś mu podpowiadało, że nie może tego zrobić. A więc czekał po prostu w ciemności. Wydało mu się, że trwa to całą wieczność. I w końcu usłyszał jej głos: „Czy możesz mi pomóc?”
Zaskoczony zerwał się na równe nogi. Więc jednak go widziała! Gdy się zbliżył, zobaczył na jej czole małą gwiazdę. W tym momencie sen przesunął się do rzeczywistego życia i widział na przemian gwiazdę, która zmieniała łzy w świetliste promienie i kobietę. „W czym mogę Ci pomóc?” zapytał. „Chciałabym się nauczyć tańczyć!” odpowiedziała mu. Wtedy zauważył, że prawie nie miała stóp. Tak jakby Stwórca stworzył ją nieukończoną. Dziwiło go to bardzo. Poprosił ją, żeby usiadła obok niego. Wziął w swoje ręce jej kikucie stopy i ogrzewał je ciepłem swojej skóry. Przy tym zamknął oczy i wyobraził sobie, jak musiałyby wyglądać stopy, które pasowałyby do tej kobiety. Po pewnej chwili otworzył oczy i ucieszył się gdy zobaczył, że stopy już odrobinę urosły. „Przyjdź jutro znowu, o tej samej porze!” powiedział do niej. Ona podziękowała mu i zniknęła.
Następnego ranka przyszła znowu. I też na następny dzień. Kiedy przyszła po raz ósmy, Angelus znowu wcześniej miał sen. We śnie ponownie miał przed oczami gwiazdę. Ale gwiazda już opuściła energicznie obce niebo i właśnie szukała innego nieba. Chciała znaleźć niebo, w którym byłyby gwiazdy podobne do niej. Takie też niebo gwiazda znalazła. I kiedy już miała wiele przyjaciół gwiazd, sama stała się jaśniejsza i z radości stawała się coraz bardziej jaśniejsza. Tak jasna, że prawie oślepiała blaskiem. To ucieszyło tak bardzo Angelusa, że gdy się obudził płakał z radości. I gdy wtedy przyszła kobieta, po raz ostatni wziął jej stopy w swoje ciepłe dłonie. Tego ranka urosły już całkowicie i kobieta mogła już stanąć na swoich własnych, pięknych stopach.
Ale jeszcze nie potrafiła tańczyć. Ponieważ aby tańczyć nie wystarczy tylko umieć stać na ziemi, trzeba też poczuć nad sobą niebo. Angelus musiał „Gwiazdce” – bo tak nazwał kobietę – koniecznie pokazać niebo. On sam już dawno go nie widział. Ale potrafił jeszcze – ponieważ był już starszy – przypomnieć sobie czas, w którym nad miastem nie zbudowano jeszcze pokrywy, i w którym można było za dnia zobaczyć słońce, a w nocy księżyc i gwiazdy. Często próbował wspiąć się na jeden z filarów pokrywy, by tam przesunąć ciężką betonową płytę i wpuścić światło nieba na ziemię. Ale brakowało mu siły. I tak poddał się po pewnym czasie.
Teraz wziął Gwiazdkę ze rękę i poprowadził ją do dużej przepory. Na górę tam prowadziła zardzewiała metalowa drabinka. Gwiazdka bała się na początku, ponieważ wchodzenie tam było zabronione. Poza tym o tej porze było już dużo zamaskowanych ludzi na ulicach. Ale Angelus wiedział, że ciężkie maski ściągają głowy ludzi w dół, więc nawet nie potrafią patrzeć w górę. A zatem nie mogli by być zobaczeni przez zamaskowanych ludzi, gdy będą się wspinać do przepory. Wspólnie weszli na górę, wciąż uważając, aby drugiemu się nic nie stało. Gdy wspięli się pod sam dach, próbowali odsunąć ciężkie płyty pokrywy. Próbowali wspólnymi siłami. Ale było zbyt ciężko. Nie udawało im się. Samą siłą nie było to możliwe. Wtedy Angelus popatrzył Gwiazdce w oczy i w każdym oku zobaczył daleką, małą, błyszczącą gwiazdkę. I wpadł na pewien pomysł: „popatrz mi też w oczy i szukaj w nich słońca!”. Tak, oko w oko, wpatrywali się w siebie. Swoimi dłońmi dotknęli płyty i – o cudzie! – betonowe płyty z łatwością przesunęły się na bok! Wtedy na ich oczy padło światło dnia. Zobaczyli niebo. I niebo śmiało się w sercu Gwiazdki. Już potrafiła tańczyć! I od tego dnia Angelus nigdy już nie marzł. Potem jeszcze wiele razy wspinali się wspólnie na górę i patrzyli w niebo – i za każdym razem był to nowy cud!
Gdy pewnego razu znowu patrzyli przez dach, przyleciał wielki, kolorowy ptak. Krzyczał tak głośno, że Angelus musiał zakrywać sobie uszy. Ale nawet przez swoje dłonie słyszał ten krzyk „Piiip, piip, piiip…” I wtedy Peter się obudził i przestraszony wyłączył budzik. „Dziwne” myślał, „śniło mi się, że nazywam się Angelus…” a potem uświadomił sobie, że nawet we śnie miał sen, że we śnie śnił o gwieździe na nocnym niebie…
Wyszedł z łóżka, ubrał się i wyszedł bez śniadania (jak zwykle) z domu. Obiecał swojej znajomej, że pomoże jej przy sprzątaniu magazynu i antykwariatu. Cieszył się, że znowu się zobaczą, i cieszył się też na to, żeby odkryć co miała w swoim magazynie. Na początku zbierała bowiem wszystko, co do niej znoszono. W magazynie wszystko było pozastawiane, to tu to tam. Dopiero z czasem, kawałek po kawałku sprzątała te rzeczy i wystawiała je na wystawę do sprzedaży. Było tam dużo niezwykłych okazów. Podczas gdy do niej jechał, zastanawiał się, jakie tym razem będzie miała kosztowności…Gdy doszedł do jej drzwi, nie mógł uwierzyć własnym oczom: nad drzwiami wisiała błyszcząca srebrna gwiazda! Nigdy przedtem jej tu nie widział! Chciał właśnie nacisnąć dzwonek, gdy ona sama otworzyła mu drzwi – pewnie już usłyszała, że nadchodzi. Objęła go na powitanie i spytała: „Możesz mi pomóc otworzyć okno dachowe? Chyba się zacięło!”. Zamroczony poszedł za nią na poddasze.
Nagle wszystko było bardzo dziwne! Co było snem, a co było prawdziwe? Co miało znaczenie, a co nie? Gdy objął ją na powitanie, coś się stało. Przez krótką chwilę poczuł, że jej serce bije w tym samym rytmie co jego. Była to tylko chwila. Ale dogłębnie go to poruszyło. W sercu jest się przecież najczęściej sobą! A kiedy inny człowiek ma takie samo serce? Oczywiście nie mogły istnieć dwa jednakowe serca, wiedział to przecież – a jednak?
Bez problemu otworzyli okno dachowe. Potem pomógł jej przy sprzątaniu. Ale jakoś nie był już taki jak zwykle. Coś się w nim przesunęło. Miał uczucie, jakby nie miał stóp… Ale za to miał skrzydła. Mógł latać. Godziny sprzątania minęły bardzo szybko. Po pewnym czasie dzieci znajomej wróciły do domu ze szkoły, a potem jej mąż. Z nim zamienił jeszcze parę słów o nowym BMW i spytał, czy Mercedes zachował jeszcze swój styl, czy już nie?
Potem poszedł do domu. Musiał koniecznie zadbać o swój ogród. Właściwie to nie chodziło o sam ogród, tylko o wspaniałego motyla, który przylatywał do niego zawsze, gdy kwitły już kwiaty. Kochał tego motyla i nie chciał go przeoczyć. „Dziwne” mówił sobie, kiedy otwierał furtkę ogrodową, „właściwie to sam czuję się teraz jak motyl”. Podlał róże i podziwiał lilie. Kwiaty lilii przypominały mu gwiazdy. Wtedy popadł w zadumę: Kwiaty można uwielbiać i podziwiać. Można je chronić i pielęgnować. Można je kochać i rozpieszczać. Ale kwitną tylko wtedy, gdy pozostawi im się ich świat i ich ziemię. Kiedy się je wykorzeni i egoistycznie weźmie do siebie, dni ich kwitnięcia są policzone. Kwiaty potrzebują swoich własnych stóp i otwartego nieba. One także są filarami pomiędzy niebem a ziemią – tak jak człowiek. Kiedy tak Peter się nad tym zastanawiał i czekał na nadejście motyla, zasnął i śnił…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

27 + = 33